Pomalowała w kwiatki zagrodę, talerze, psią budę, transatlantyk Batory, a nawet swój grób. Do jej chaty ciągnęli etnografowie, PRL-owscy dygnitarze i szkolne wycieczki. Za życia została ikoną sztuki ludowej. Jeśli ktoś zasłużył na tytuł pierwszej damy polskiej wsi, to z pewnością Felicja Curyłowa.

Niektórzy wierzyli, że to właśnie ona jako pierwsza pomalowała chałupę w słynne zalipiańskie kwiatki. Przez skromność nie zaprzeczała. Ale choć to nieprawda, ogólnopolski rozgłos i renomę „malowanej wsi” Zalipie bez wątpienia zawdzięcza Felicji Curyłowej.

Ściany i sufity zdobiło się w Zalipiu „od zawsze”. W kurnych chatach dym z paleniska snuł się po izbie i osadzał czarną sadzą. Gospodynie brzozowymi patykami malowały na niej wapnem kółka z dziurką i ogunem, które z czasem coraz bardziej przypominały kwiaty. Kiedy piece unowocześniono, a chaty zaopatrzono w kominy, Zalipianki z przyzwyczajenia wciąż zdobiły ściany kwiatami. Swoje pierwsze polichromie Felicja wykonała w wieku lat dziesięciu. Gdy rodzice wyjechali na targ do Tarnowa, pomazała sadzą i wapnem sufit w sieni. Ponoć dostała za to w skórę, ale lanie tylko umocniło w niej chęć tworzenia. Wkrótce na młodą ludową malarkę (o dziwnej, egzotycznej, niepokojącej urodzie) zwrócił uwagę Tadeusz Seweryn, malarz, a w przyszłości dyrektor Muzeum Etnograficznego. W 1939 roku zlecił jej, Rozalii Zaród i Marii Janeczek pomalowanie muzealnej sali. Wielka sława Felicji właśnie się rozpoczynała. Kiedy w 1948 roku Ministerstwo Kultury i Sztuki zorganizowało w Zalipiu pierwszy konkurs, Felicja stanęła na podium, by nie zejść z niego aż do śmierci.

W czasach PRL-u Zalipie słynęło na całą Polskę. W ludowe kwiatki malowano fajans z Włocławka, tkaniny z Instytutu Wzornictwa Przemysłowego, ściany i sufity restauracji i kawiarni. Kwiatowy deseń otrzymała nawet bawialnia dziecięca na luksusowym transatlantyku Batory. O tym, kto dostąpi (intratnego!) zaszczytu malowania rozstrzygała Felicja. W swojej wsi była już wówczas osobistością ważniejszą od proboszcza i sołtysa razem wziętych. Nie tylko rokrocznie wygrywała konkurs na zdobienie obejścia, lecz wręcz decydowała o tym, kto w ogóle może w nim wystartować. Była potwornie zazdrosna o swoją pozycję, ale także – o status Zalipia. Dla swojej wsi walczyła jak lwica. Legendy krążą o tym, że zaproszona na zjazd partii do Szczecina, weszła na mównicę i oznajmiła Cyrankiewiczowi: – Jest nam ciemno. Nie widzimy, co malujemy. Nie zejdę, dopóki towarzysz sekretarz nie przyrzeknie nam prądu. A gdy trzeba było załatwić drogę, poprosiła męża Ludwika, by przewiózł ministra kultury po zalipiańskich wertepach rozklekotanym wozem. Zalipie szybko dostało asfaltówkę, a prąd doprowadzono tu o dekadę szybciej niż do sąsiednich wsi.

Dom Felicji już za jej życia zmienił się w ekspozycję, odwiedzaną przez wycieczki. Dziś jest w nim oddział Muzeum Okręgowego w Tarnowie.

Felicja Curyłowa zmarła w 1974 roku. Spoczywa na cmentarzu w Zalipiu. Jako pierwsza we wsi kazała pochować się w murowanym grobie. Ozdobiła go ceramicznymi kaflami, które wiele lat przedtem własnoręcznie pomalowała w kwiaty. Kiedy profesor Reinfuss, etnograf badający Zalipie, zapytał czemu to zrobiła, powiedziała: – Chciałam przecie, żeby ta sztuka na człowieku jeszcze po śmierci leżała.

Przeczytaj więcej na portalu Dni Dziedzictwa: https://dnidziedzictwa.pl/zagroda-felicji-curylowej-w-zalipiu/