Podobno wszystko zaczęło się od braci Boroszowiczów, kamieniarzy z Jasionki. Przychodzili tu do kamieniołomów. Na stokach Magurycza wydobywali gruboziarnisty piaskowiec, sywyj kamiń, dobry na żarna i młyńskie kamienie. Kiedy znudziło im się tak ciągle chodzić i wracać, „na pniaku ściętego drzewa” wybudowali pierwszą chatę, a potem młyn. Od tej chaty i tego pnia zaczęło się Bartne.

Poborcy podatków odnaleźli je już w 1595 roku. Skrupulatnie policzyli zagrody (wyszło im 18). Z roku na rok, ze stulecia na stulecie wieś rosła. W 1842 roku, nieopodal strumienia, z drewna jodeł, które ścięto na stokach Magurycza, Mareszki i Wątkowej, zbudowano greckokatolicką cerkiew świętych Kosmy i Damiana. Bartne liczyło już wówczas 132 domy i miało 819 mieszkańców. Niektórych z nich znamy z nazwiska. Wiemy na przykład, że wody potoku, nad którym stanęła cerkiew, zasilały młyn pani Walewskiej (kiedy zmarła, pochowano ją na sąsiednim cmentarzu, pod ledwie obrobionymi młyńskimi kamieniami). Wiemy też, że najlepszym tkaczem we wsi był Nestor Pidberezniak. Ilko Hlyw zajmował się ciesiołką. Wasyl Pidberezniak był stolarzem i sam skonstruował sobie tokarkę do drewna. Fećko Horbal i Michał Zawidniak byli kuśnierzami. Stefan Staranek zapisał się w pamięci jako właściciel pierwszej maszyny do szycia. Paraskia Dokla i Antocha Kuziak haftowały. Ksenia Gargania znała się na ziołach i umiała kręcić maści. Iwan Dutkanycz nastawiał złamane nogi, a zepsute zęby rwał Fećko Dziamba. Karczmę prowadzili Żydzi Chaim i Abram.

Bartne słynęło z kamieniarzy. Było ich wielu, a za najlepszych uważano Wasyla Graconia, Mateja Cyrkota i Iwana Dutkowyca. Z gruboziarnistego piaskowca z Magurycza robili żarna i młyńskie koła, z gładkiego kamienia z Mochnacza i Wątkowej szpicowali krzyże z Chrystusem. Chrystusy były różne i czasem Zbawiciel na krzyżu miał wąsy i opuszczone powieki, czasem płaski brzuch z wypukłym pępkiem, a czasem pępek wklęsły i gładko ogoloną twarz, zwężającą się jak odwrócona łza.

Andryj Kozak i Iwan Hbur jako pierwsi opuścili Bartne, by szukać szczęścia w Ameryce. Kozak wrócił, Hbur nie. Przetarli szlak dla 106 emigrantów, którzy w ciągu kolejnych dziesięciu lat wyjechali do USA i na Węgry.

Jakby na miejsce tych, którzy odeszli, do wsi przywędrował wówczas Iwan Bohaczuk, nauczyciel i uczony z Ropicy Ruskiej. Kiedy osiadł w Bartnem, wójt ogłosił, że odtąd każde z pięćdziesięciorga dzieci ma obowiązek się uczyć. Szkoła, którą założył Bohaczuk, była sześcioletnia. Lekcje odbywały się od poniedziałku do soboty, po polsku i po łemkowsku. W 1896 roku Iwan zbudował we wsi stację meteorologiczną. Wraz z księdzem Włodzimierzem Kałużniackim, parochem z drewnianej cerkwi, założył bractwo trzeźwości, by ratować tych, których nadmiernie kusiły trzy karczmy Bartnego.

Ksiądz Kałużniacki był mądrym człowiekiem. Dobrze rozumiał się z uczonym Bohaczukiem. Mówił sześcioma językami i miał dom pełen książek. Proboszczował w Bartnem przez prawie pół wieku. Zabronił głoszenia w świątyni ukrainofilskich poglądów i został za to zdjęty ze stanowiska i wyrzucony z domu. Aż do śmierci błąkał się po Bartnem, a jego książki gniły w błocie pod schodami plebanii… Jeszcze zanim to się stało, w 1914 roku austriackie władze oskarżyły Iwana Bohaczuka, księdza Kałużniackiego, Fećkę – kuśnierza, Wasyla od tokarki i trzynastu innych bartnian o moskalofilstwo i sprzyjanie ideom wielkoruskim. Wszyscy trafili do obozu internowania w Thalerhofie. Czterech już nie wróciło. Był wśród nich Fećko i przez jakiś czas w Bartnem było o jednego kuśnierza mniej.

W 1928 roku siedemdziesiąt procent mieszkańców Bartnego przeszło na prawosławie. Wybudowali nową cerkiew. Ikonę Matki Bożej Poczajowskiej nadesłano im pocztą.

Przed wojną w Bartnem było 176 numerów. Wkrótce miał nie zostać w nich nikt.

Michał Fesz zginął w kampanii wrześniowej. Andryj Decio i Ilko Fesz poszli za Andersem do Anglii. 14 osób trafiło do Wojska Polskiego, 38 do Czerwonej Armii. 26 października 1945 roku od kul zginął Nestor Pidberezniak, tkacz tak dobry, że wychodziło mu nawet kolorowe płótno.

Wkrótce we wsi pojawili się agitatorzy. Za dnia obiecywali złote góry, nocami strzelali po ścianach i krzyżach na cmentarzu. Z Bartnego za wschodnią granicę wyjechała połowa mieszkańców. Ci, którzy nie dali się omamić ani zastraszyć, też nie zostali tu długo. W majową niedzielę 1947 roku do wsi przyjechało wojsko. Młodzi żołnierze wygadali się dziewczętom: będzie akcja „Wisła”, będziemy was wysiedlać. Dawni mieszkańcy wsi zostali wywiezieni w okolice Wrocławia, Olsztyna i Gdańska…

W Bartnem zostały po Łemkach krzyże z piaskowca i drewniane cerkwie. Kamienie i sęki.

Zaczęli wracać po 1956 roku. Niektórzy musieli odkupić swoje stare domy i pola. Wrócili jednak. Zostali.