Saga szczawnicka

Saga szczawnicka

Autor: Katarzyna Kobylarczyk, Licencja: CC BY-SA

Trudno powiedzieć, co sprawia, że wzrok Józefiny Szalay pada na grunty szczawnickie. Przypadek? Przeczucie? Niezwykły talent do interesów? A może fatum? W połowie XIX wieku, kiedy Józefina, głowa rodu Szalayów, postanawia ulokować kapitał zbity przez męża, c.k. urzędnika, Szczawnica nie wydaje się atrakcyjna inwestycyjnie. Zwykła pasterska wioska pomiędzy górami: kurne chaty, stada owiec i kóz. Wprawdzie na łące jednego z gospodarzy – Jana Kutschery – spod ziemi sączą się kwaśne wody, ale miejscowi dają je do picia tylko chorym zwierzętom. Nic nie wskazuje na to, że Szczawnica może stać się modnym uzdrowiskiem, polskim Baden-Baden.

Józefina inwestuje jednak. Przez pośrednika licytuje byłe dobra królewskie, należące do Starostwa Czorsztyńskiego. Od Kutschery odkupuje łąkę ze źródłami i na wiele kolejnych lat – na dobre i na złe – wiąże losy rodu Szalayów ze Szczawnicą.

Szalayowie wywodzą się z Węgier. Do Galicji przybywają wraz z austro-węgierską administracją. Jako pierwszy na ziemiach polskich rodzi się Stefan, mąż Józefiny. Szalayowie przenoszą się do nowo nabytych dóbr szczawnickich w latach 30. W „wyżnej wsi” budują drewniany dwór, koszą łąkę Kutschery, ujarzmiają kwaśne źródła szczawy i nadają im swoje imiona. W świat idą pierwsze butelki „Józefiny” i „Stefana”.

Kiedy Stefan Szalay umiera, w 1838 roku, jego syn Józef jest naczelnikiem cesarsko-królewskiego urzędu skarbowego w Brodach na Ukrainie. Lecznicze zdroje, parkowe aleje i całe sanatoryjne przedsięwzięcie rodziców, których spadkobiercą właśnie został, nigdy go nie interesowały. Dopiero na usilne prośby matki w 1838 roku Józef przybywa do Szczawnicy. Przepada na dobre. Świeże powietrze i opary kwaśnych wód uderzają mu do głowy – odtąd stworzenie w Szczawnicy kurortu na światowym poziomie stanie się pasją i celem jego życia.

Kiedy zostaje włodarzem uzdrowiska, Józef Szalay ma 37 lat, dwóch synów (starszy Michał jest prawdopodobnie owocem poprzedniego związku) i brzemienną żonę Matyldę. Nad potokiem Grajcarek wznosi dla siebie i rodziny zgrabny pałacyk. Projektuje i zleca wszystko to, co duszy i ciału kuracjuszy niezbędne: kaplicę, restaurację, park zdrojowy i stylowe pensjonaty. Tym, którzy szukają bardziej ekstremalnych wrażeń, oferuje nowość: spływ przełomem Dunajca. Rozumie moc prasy i reklamy. Wydaje własny przewodnik po Szczawnicy, sprasza lekarzy i uczonych, a chemikom posyła do analizy butelki z „Józefiną”, „Stefanem” i „Józefem”. Zaprzyjaźnia się z doktorem Józefem Dietlem i zaraża go miłością do Szczawnicy, a potem – w uznaniu zasług – wystawia mu w kurorcie pomnik. Nawet najmniejsze szczegóły nie umykają gospodarskiemu oku Józefa. Nie dość, że namawia górali do przebudowy chałup, tak by dało się w nich kwaterować gości, to jeszcze sam projektuje godła, którymi (zamiast numerów) oznacza się domy.

Praca i pasja procentuje. Wkrótce Józef Szalay odnosi wielki sukces. O Szczawnicy mówi się i pisze. W Szczawnicy bywa się (bywają: Lubomirscy, Sapiehowie, Tarnowscy, Radziwiłłowie, Norwid, Sienkiewicz, Matejko, Asnyk, Konopnicka). Co sezon do wód Szczawnicy przyjeżdża ok. 1200 osób.

Z sukcesem zawodowym nie idzie jednak w parze szczęście rodzinne. Czy to zwykła różnica charakterów, czy Matylda ma już dość tego, że Józef więcej uwagi poświęca źródłom „Aniela” i „Helena” niż własnej żonie (której imienia nie nosi żaden zdrój)? W każdym razie dziesięć lat po ślubie Matylda decyduje się na separację. Wyjeżdża ze Szczawnicy i zabiera z sobą synów: Władysława i Tytusa. Zamieszkają u brata Matyldy, bajecznie bogatego naftowca Karola Klobassy.

To jednak nie koniec ciosów, które spadną na Józefa. W 1855 roku na cholerę umierają jego matka i siostra. Kilkanaście lat później najstarszy syn, Michał, kona w Szwajcarii rażony obłędem. Kiedy w latach 70. sam Józef zaczyna czuć, że nawet kwaśne wody Szczawnicy nie uleczą go już z porażenia ośrodków nerwowych w mózgu, nie wie jeszcze, że zbliża się koniec zdrojowego imperium rodu Szalayów.

Tytus i Władysław, dorośli synowie Józefa, są przy nim od lat 60. Styl życia ojca nie pociąga ich jednak. Wychowani w dostatku i beztrosce, nie cenią mineralnych zdrojów ani cienistych parkowych alejek. Za nic mają górskie wycieczki i spływy Dunajcem. Kochają pieniądze, lecz bez wzajemności. Długi młodych panów Szalayów rosną i to pomimo, że zapobiegliwy ojciec przed śmiercią zobowiązał Akademię Umiejętności, której zapisał w testamencie Szczawnickie Zakłady Zdrojowe, by przekazywała synom połowę dochodu z sanatorium. Już sześć lat po śmierci ojca Tytus bierze pożyczkę pod zastaw swojej części majątku. To nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. W 1879 roku sąd wyznacza Tytusowi kuratora z powodu marnotrawstwa. Niedługo potem ten sam los spotyka Władysława, który coraz wyraźniej popada w obłęd…

W ciągu kilkunastu kolejnych lat szczawnickie imperium Szalayów coraz mocniej chwieje się i w końcu upada. Władysław umiera w 1880, Tytus w 1890 roku. Ich synowie dziedziczą po ojcach wszystkie złe skłonności. Żonę jednego z nich, Czesławę, porzuconą przez męża i obłąkaną, przygarną górale. Zapamiętają, jak błąka się po wsi w towarzystwie oswojonej świni… Czesława umrze w 1936 roku. Będzie ostatnią osobą, pochowaną w rodzinnej kaplicy.

Losy Szalayów i szczawnickiego uzdrowiska rozchodzą się już na zawsze.

Korzystałam z informacji ze stron www.szczawnica.mnet.pl oraz www.szczawnica.nrs.pl.

Fot. Szczawnica, Happa, CC BY SA 3.0., Wikipedia